zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

fragment powieści powrót

Edward Guziakiewicz, Zdrada strażnika planety

P

o spóźnionym porannym posiłku natchniony transgalaktyda zachował się iście po królewsku i zaproponował im nowe odzienia. Sam pozbył się znoszonej brudnoszarej siermięgi i miał na sobie — jak przystało na dostojnego greckiego starca — długi biały chiton, spięty na ramionach fibulami i zszyty bokami. Siwa broda była wyczesana i wyfrezowana. Służące im wiernie srebrzystoszare kombinezony powróciły do rozświetlonej oranżowym światłem szatni. Nie mogli okrywać się nadal trackimi skórami i szmatami, gdy tu czekało tyle przepysznych kreacji. Nestor wręczał im świecące nowością lniane i wełniane szaty, krygując się i tłumacząc z tego, że nie ofiaruje im tak wykwintnych rzeczy, na jakie zasługują. Zależało mu, aby w Atenach, do których ich usilnie zapraszał, nie rzucali się w oczy, a wyglądali jak średnio zamożni przybysze z wielojęzycznych miast Jonii.

Mi-ira nie zaciekawiały stroje, ani męskie, ani damskie. Zabrakło mu naraz fantazji i potrzeby odmiany. Połączone z okrzykami podziwu ceremonialne przymiarki uznał za dowód zniewieścienia. Odłożył tę konieczność na później i leniwie wrócił do woskowej figury, która wcześniej wpadła mu w oczy. Przechodzący Raha zastał go zadumanego i nostalgicznie wpatrującego się w filigranową kobiecą postać, zdającą się tu cierpliwie czekać na niezwykłego przybysza z gwiazd, jakby był jej przeznaczony.

Trudno, żeby nie zatrzymał się na dwa słowa.

— To jedna z wielu konkubin liczącego się kiedyś na wschodzie władcy — gorliwie mu podpowiedział, choć Mi-ir nie pytał. — Przebrzmiałe dzieje. Niestety, odeszła z tego świata — dzielił się posiadaną wiedzą. — A szkoda, bo nie brakowało jej gracji i wdzięku oraz wielu innych cnót. Panujący kazał ją zgładzić, chociaż podobno bardzo ją kochał, bowiem oskarżono ją o to, że go zdradza z jednym z ministrów dworu. Zarzut był wyssany z palca, ale cóż z tego? Lękano się jej wpływu na władcę. Przewidywano, że wykorzystując swą pozycję zacznie skrycie pociągać za sznurki. Tak pojmowano rację stanu. Została poćwiartowana, a jej członki rzucono wygłodniałym bestiom na pożarcie...

— W rzeczy samej, to niemiłe — niemrawo zgodził się z siwobrodym. I zaraz dodał: — Przepiękna, szkoda, że jej z nami nie ma...

Transgalaktyda nie podjął tego wątku. Nie chciał być nadmiernie domyślny lub najzwyczajniej w świecie nie miał zamiaru zajmować się spełnianiem kaprysów Urchity. Pożegnał go, pędząc dalej.

Mi-ir pozostał sam. Niejasno chodziło mu po głowie, że mógłby zwrócić się do niego z prośbą o to, aby powołał do życia identyczną piękność i mu ją podarował. Czy nie ośmieszyłby się przed nestorem? Czy transgalaktyda umiałby stworzyć człowieka? Jeśli chodziło o ścisłość, miał jedną hożą niewolnicę, którą sam sobie znalazł. Właściwie to ona go sobie wybrała, ale co to miało do rzeczy. Pobiegł myślami do Safony i usiłował ją sobie wyobrazić w dalekowschodniej toalecie z misternie ułożoną fryzurą i sandałkami na drobnych stopach. Zaczął mimowolnie porównywać obie damy. Trackiej młódce nie brakowało urody, była spontaniczna i radosna, dawała się lubić, ale na pewno nie miała takiej klasy jak cudna konkubina z cesarskiego dworu. Pod tym względem przegrywała nawet z chłodną Ni.

Stary wracał. Urchita nadal wystawał przy figurze urzekającej Chinki. Czyżby ten biedak zakochał się w martwym manekinie?

— Hej, zwróciłeś uwagę na jej stopy? — szybko zapytał, usiłując go do niej zniechęcić. — Są śmiesznie małe. To wina fatalnej tradycji. Już małym dziewczynkom krępuje się je, aby nie rosły. Na długie lata boleśnie podwija się palce. W rezultacie tej tortury kobiety często nie mogą chodzić. W maleńkich pantofelkach może wyglądają zgrabnie, ale cierpią do końca życia. Kończyny mają obrzydliwie zdeformowane...

— To okrutne. Serio? — Mi-ir zrobił wielkie oczy. — A co ty na to?

— Co ja na to? — udał oburzonego. — Nie kpij sobie ze mnie, nie mogę tego zmienić. Nie ingeruję w regionalne zwyczaje…

Znowu pobiegł, a Urchicie przyszło do głowy, żeby podejść do Chinki i obejrzeć ją sobie z bliska. Rozejrzał się, nie chcąc, by ktoś niepowołany był przypadkiem świadkiem tej sceny. Ostrożnie wszedł na podest. Pieszczotliwie objął jej kibić, a potem pochylił się i zajrzał w jej tajemnicze oczy.

Przeraził się i odskoczył w popłochu. Odniósł wrażenie, że hipnotycznym spojrzeniem przeszyła go na wylot żywa kobieta.

— Czary, czy co? — mruknął poruszony do głębi.

Pożegnał pełnym zawodu wzrokiem filigranową damę i odszedł, udając się śladami siwobrodego. W chwilę później przystanął i trwogą się obejrzał. Usiłował ochłonąć po tym zdarzeniu. Figura stała na postumencie. Nie przejawiała oznak życia. Nie ruszyła się z miejsca i nie zamierzała deptać mu po piętach.

— Na proroków, co to było? — niepewnie zapytał.

Minął kolekcje, obrazujące życie dzikich plemion w głębi Afryki, ale nie poświęcił im większej uwagi. Nie obchodziły go malowane jaskrawymi farbami groźne maski, ostre włócznie, rzeźbione tarcze, figurki z hebanu i mahoniu oraz urzekające różnorodnością kształtów plecionki.


powrót