zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz WINDA CZASU

fragment powieści powrót

Edward Guziakiewicz, Winda czasu

B

iały jacht miarowo się kołysał, łagodnie poddając się uderzeniom regularnie napływających fal, a rozleniwiony i ospały Andres wyciągnięty spoczywał na pokładzie, wystawiając do słońca mocno opalone ciało. Miał na sobie tylko ciasne slipy. Kapryśny los mu sprzyjał i szczęśliwym trafem znalazł się na samym środku rozległego Pacyfiku. I to w jakim miejscu? Na najbardziej czarownym skrawku lądu. Zgrabne długonogie laski i wspaniałe złote plaże warte były każdej ceny. A tym bardziej tu, na okrzyczanej Tahiti. Błądził apatycznie myślami po sąsiadującej z nią Moorea. Byłby patałachem, gdyby i tam nie wsadził nosa. Kosztował na tamtej wyspie odpowiednio przyrządzonych i podanych na przykrytym liśćmi tarua kamiennym stole najwspanialszych na świecie ananasów, owoców mango, papaja, awokado i guanabana. Z zatoki Vaiare jacyś szwedzcy turyści zabrali go na Le Belvédére, skąd roztaczał się wspaniały widok na dwie największe zatoki, Opunohu i Cooka, rozdzielone malowniczym szczytem Rotui. W głąb wyspy można było dostać się tylko jeepem ze względu na bardzo wyboiste i poprzecinane szerokimi strumieniami drogi. Mimo karkołomnej jazdy mógł podziwiać plantacje ananasów, kawy, niepospolicie piękne kwiaty, dorodne paprocie i soczystą zieleń stoków górskich. Czuł ten jedyny i niepowtarzalny zapach tropikalnej dżungli.

Stukot o lewą burtę, który wyrwał go z rozkosznego półsnu, powtórzył się po krótkiej chwili i chłopak wywnioskował, że powinien się podnieść i dla zwykłej przyzwoitości sprawdzić, co dzieje się w wodzie. Przecież to nie był jego jacht, więc musiał uważać. Ta luksusowa łajba była warta kupę szmalu. Przyszło mu do głowy, że trafił na zagubioną boję lub na deskę do surfingu. Ludzie wrzucali do wody byle co, nie martwiąc się o to, co się potem stanie. Jednego był pewny. W tym miejscu nie było koralowca.

— Kapitanie, rusz pan dupsko! — pogonił samego siebie.

Po przejściu przez wyłom w rafie okalającej Tahiti zakotwiczył jacht nieco na północ od morskiej trasy na Moorea, nie oddalając się wszakże zbytnio od wyspy, a wiejący z prędkością 16 węzłów pasat spychał go na pełne morze.

— Co tam?! — prychnął, przechylając się przez barierkę. — Nie biorę nikogo stopem...

To nie była boja, ani deska surfingowa. Unoszący się na wodzie przedmiot przypominał raczej dużą pękatą butlę, rodzaj antałka lub gąsiora na wino. Poprzedniego dnia nad portem Papeete przeszły dwa deszczowe szkwały, więc pewnie coś ze sobą przyniosły.

— Hę, ten Pacyfik to niezły śmietnik!

Przypadkowe znalezisko od razu pobudziło jego wyobraźnię. Skojarzył je sobie ze skarbami dawnych piratów, którzy na tych morzach z powodzeniem uprawiali swe znienawidzone przez żeglarzy rzemiosło. Migiem skoczył po ukrytą pod pokładem dużą siatkę na ryby, potem zanurzył ją ostrożnie w wodzie i przechylając się oburącz wyciągnął na jacht zdobycz.

— Frutti di mare? — półszepnął z nieskrywanym przejęciem. — Do diaska, ależ mam fart. Najpierw łódź, teraz to...

Delikatnie postawił butlę na pokładzie, obrywając z niej wodorosty i dziwiąc się, że wykonana z grubego szkła czasza wytrzymała lata konfrontacji z południowymi żywiołami.


powrót