zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz SUPERNOWA

fragment mikropowieści powrót

Edward Guziakiewicz, Supernowa

Ś

lizgacz stał tam, gdzie go zostawiłem. Wskoczyłem do środka i zadyszany rzuciłem do Nawigatora:

— Odlatujemy! I to już!

Zasklepiła się kabina pilota.

— Twoja Jill nie odpowiada na wezwania do otwarcia śluzy — powiadomił o przeszkodzie.

— Poradź sobie sam! — rozpaczliwie krzyknąłem, wypuszczając z rąk szarpiącego się kocura.

Wywołał znaczące się połyskliwą zielenią pole energetyczne i owalna brama do śluzy, a potem druga, prowadząca na zewnątrz stały się na chwilę przenikalne. Błyskawicznie wyrwaliśmy się z bazy i dopiero wtedy ujrzałem okręty kosmiczne obcych. Widok był imponujący. Przed moimi oczyma roztaczała się cała flotylla. Kilka pocisków otarło się o mój ślizgacz, ale ten okazał się odporny na ataki. Navi ostrą spiralą popłynął w górę i ujrzałem ze zgrozą, jak poznaczoną siatką wyładowań „Meduzę” rozsadzają płomienie ognia. Poczułem ukłucie żalu. Requiem aeternam!.. Towarzysząca mi wiernie Jill przestała istnieć. Przetarłem drżącą ręką zroszone czoło. Miałem szczęście, że zdążyłem.

— Kieruję się w stronę Układu Słonecznego — beznamiętnie oznajmił Nawigator. Myślące maszyny obcych nie wpadały w histerię.

Wcisnęło mnie w fotel, zaś żegnana gwiazda zaczęła błyskawicznie się kurczyć. Traciła pomarańczowoczerwony blask i wkrótce zamieniła w niewiele znaczący punkt na niebie. Spojrzałem na kota. Ten nastroszył sierść i tchórzliwie wbił się w kąt.

— Nie martw się, jesteśmy uratowani — pocieszyłem go, a potem zwróciłem się do Nawigatora: — Mówisz zatem, że za godzinę będziemy na miejscu?

— Wcześniej, bo z twego głosu wywnioskowałem, że zależy ci na czasie…

Usłużnie wyświetlił mi szybkość. Nie wierzyłem własnym oczom. Na ekranie miałem blisko 1200 000 c. Poruszające się w rytualnym tańcu gwiazdy na czarnym niebie przeistoczyły się w żyjące własnym życiem supłane linie. Kurczowo trzymałem się oparć. Wstyd przyznać, ogarnął mnie lęk, że za chwilę rozpadnę się na pojedyncze atomy. Wróciło wspomnienie diabelskiego młyna z wesołego miasteczka. Byłem wówczas dzieciakiem i omal w powietrzu nie zwymiotowałem.

— Jakim cudem można osiągnąć taką wielokrotność prędkości światła? — ośmieliłem się zapytać, pełny podziwu dla oszałamiającej technologii.

— Prędkość światła? Mało znacząca stała kosmiczna — lekceważąco odparł Navi.

— Taaa… — przeczesałem ręką włosy, odrobinę się uspokajając. — Ma się rozumieć, kromka z masłem! — skwitowałem. Statki zdolne do pokonywania nadprzestrzeni pojawiły się w Układzie Słonecznym w niejasnych okolicznościach. Podejrzewano, że podrzucili je kosmici. Pełnomocnicy koncernów, które stały za ich produkcją, utrzymywali, że są rodzimą technologią. Jednak twórcy prototypu silnika nie otrzymali nagrody Nobla. — Potem coś mi przyszło do głowy. — Czy możesz mi opowiedzieć o sobie? — zadałem podchwytliwe pytanie. — Jaka rasa cię stworzyła?

Odniosłem wrażenie, że jest chętny do pogawędki. Nie był zaprogramowany na ukrywanie informacji o strategicznym znaczeniu. Jako maszyna może nawet nie wiedział, że takie istnieją.

— Jestem dziełem Enbargonów — spokojnie wyjaśnił, korzystając z zasobów swojej pamięci. — Nie pochodzą z tej galaktyki. Zamieszkują odległe rejony kosmosu. Przyciągnęło ich tutaj to samo, co twój gatunek. Mający nastąpić rozbłysk supernowej. To rzadka osobliwość w kosmosie, bo gwiazd o odpowiedniej do tego masie jądra nie ma wiele…

Coś tam dalej klarował, ale ogarnęła mnie senność, więc do mych uszu prawie nic nie docierało. Zwalał z nóg nadmiar wrażeń. Drżały mi ręce, bolał kark i byłem u kresu sił. Małpy i dinozaury, też coś? I ta słodka Nicole ze szpikulcem do lodów w dłoni… Boże, nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety! Mocowałem się z sobą, aż wreszcie zapadłem w niespokojną drzemkę. Gdy się ocknąłem, widniało przede mną Słońce.

Przetarłem oczy. Nasza podróż zmierzała ku końcowi.

— Moja mamuś, jesteśmy w domu, niesamowite — wyszeptałem, z trudem poruszając zdrętwiałym językiem. Zaschło mi w ustach. Pomyślałem o whisky. Z przyjemnością przepłukałbym sobie szklaneczką gardło, ale w pośpiechu nie zabrałem ze sobą żadnej butelki.

Prędkość spadła do poziomu konwencjonalnego. Podziwiałem rosnącą Ziemię i okrążający ją Księżyc, pokryty mozaiką starych miast, budowanych w połowie trzeciego tysiąclecia. Metropolie znaczyły się w ciemności miriadami drobnych świateł.

Poszukałem wzrokiem burego kota, chcąc się z nim podzielić radosną wieścią. Nie było go w kącie, w którym się schronił.


powrót