zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz OBCY Z ALFY CENTAURI

fragment powieści powrót

Edward Guziakiewicz, Obcy z Alfy Centauri

P

łynęli nad znaczącą się błyskami świateł i o tej porze już zasypiającą metropolią. Czas wydzierał z kalendarza jeszcze jedną kartkę. Z tej wysokości podświetlona od dołu wieża Eiffla wyglądała jak niewinna dziecięca zabawka. Gdy już Sophie nasyciła oczy wieczorną panoramą stolicy, pognał za odchodzącym Słońcem, niby kursowy boeing sunąc nad Atlantykiem, a następnie nad kontynentem północnoamerykańskim. Potem w świetle dnia wspiął się na orbitę okołoziemską. Z przeogromnej wysokości sprawy zagubionych w miejskich labiryntach mikroskopijnych ludzkich mrówek wydawały się błahe i mało znaczące.

Ruszyli w kosmos, ginąc w przepastnych próżniach, gdzie panowały temperatury bliskie zera absolutnego.

— Dlaczego nie odczuwamy przyspieszenia? — Sophie okazała się nad wyraz myślącą dziewczyną i w pewnej chwili zapytała o to chłopaka.

— Nie wiem — odparł z powagą. — Przy ich poziomie zaawansowania nauki przestrzeń jest czymś, co w podróży można prawie całkowicie zaniedbać, nie mówiąc już o tak trywialnych barierach, jak jakaś tam... grawitacja. Ha, ha, ha! Albo prędkość światła. Albert Einstein przewracałby się w grobie, gdyby o tym słyszał. Ale to dopiero początek wyprawy, więc lepiej łap się fotela — żartobliwie jej doradził. — Polecimy na skróty, o ile można tak powiedzieć, na intuicyjny azymut, a przy tym z taką prędkością, z jaką poruszają się aniołowie.

Nie była pewna, czy mówi serio, czy nie, ale na wszelki wypadek przytrzymała się oparć czarnego fotela.

— Nie trzeba zapinać pasów? — figlarnie zapytała.

Nie odpowiedział, napinając mięśnie i koncentrując całą uwagę na locie. Autostrada do gwiazd, o ile taka istniała, była całkowicie niewidoczna. Wszechświat nagle drgnął w posadach i błyskawicznie przesunął się o kilka lat świetlnych, zaś tuż przed nimi gwałtownie wyrosło żółte słońce.

— Ufff! Udało się, koniec podróży — wysapał. — Oto Toliman A, wprost przed nami — wyrzucił z siebie, strasznie przejęty. — To praktycznie biorąc prędkość nieskończona. Widzisz? — usadowił się wygodniej w fotelu. — Cztery lata świetlne w ciągu kilku sekund. Czy ktoś na naszej staruszce Ziemi jest w stanie to sobie wyobrazić? Z pozoru niemożliwe, a jednocześnie najzupełniej realne. I w pełni wykonalne — musiał się pochwalić, rozradowany, że miał komu zaprezentować siłę ciągu niepozornego statku kosmicznego.

Znaleźli się na orbicie i dziewczyna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Pod jej stopami rysowała się tętniąca życiem planeta, podobna do tej, którą opuścili, jednak faktycznie ociupinkę mniejsza i z obcą linią kontynentów.

Pokazał dziewczynie księżyce.

— Ten większy nazwę Dianą, a mniejszy pewnie ochrzczę twym imieniem — chełpliwie zaproponował.

Była zbyt zaaferowana tym, co widziała w dole, między skupiskami obłoków i chmur, by szukać w myślach riposty. Opadał łagodnie, płynąc nad oceanem ku widocznemu na horyzoncie lądowi, jak schodzący do lądowania wahadłowiec.

— Czy wyjdziemy z tej kapsuły? — zapytała. — Można oddychać tym powietrzem?

Potwierdził ruchem głowy, zajmując się nawigacją.

— Pokażę ci miejsce, które znalazłem — rzekł. — Tam będziemy mieszkać. Oni już wszystko starannie przygotowali, ba, zapięli na ostatni guzik.

Niewielkie osiedle przycupnęło na skraju wielkiej wyspy, którą pokrywał sięgający wysoko w skaliste góry tropikalny las. Mieściło się w prześlicznej zatoczce tuż nad lazurowym morzem. Wyglądało malowniczo, żywcem wycięte z foldera, reklamującego wczasy na Pacyfiku. Pod pewnymi względami przypominało okrzyczane i modne na Zachodzie skanseny luksusu, ekologiczne wioski, tworzone dla najzamożniejszych obywateli, znużonych życiem w męczących i zatłoczonych metropoliach.

Osadził kokon przy stylizowanych na prymitywne chaty murzyńskie parterowych sadybach. Wszechwładna dżungla wychodziła naprzeciw morzu, życzliwie ocieniając wąskie plaże. Podał modelce rękę, pomagając pokonać niewidoczny próg pojazdu. Ucałowała piasek z powagą i czcią jak papież w czasie swoich podróży apostolskich. Chłopaka nieco zdziwił ten gest, mający w sobie coś z archaicznego rytu. Pomachał ręką ku ptakom, które zerwały się z drzew.

— Wiesz? — rzekła, oddychając pełną piersią i rozglądając się ciekawie dokoła. — Mimo, że dzieli nas aż dziewiętnaście numerów, możemy zostać przyjaciółmi. Na zawsze.

Nie odpowiedział.

— W której chacie będziesz mieszkać? — zawołał. — Ja w tej — pokazał jej narożną, nieco większą od pozostałych. A potem pognał przed siebie.

Roześmiała się i pobiegła za nim, zrzucając po drodze pantofle.

— Ja w następnej, tuż obok — krzyknęła.

Dogoniła go na skraju dżungli, w której mieszały się odgłosy nieznanych ptaków z szumem owadów i popiskiwaniem małych gryzoni. Zagłębili się ostrożnie w zarośla, trafiając na duże paprocie. Umknął im sprzed nóg stóp niewielki jaszczur.

— Tu jest trochę jak na Ziemi przed wieloma milionami lat — orzekła. — Może się mylę, a może nie. Przyjrzyj się kwiatom — pokazała mu. — No i tym liściom — zerwała jeden, oglądając z obu stron. — Ta roślinność robi wrażenie jurajskiej.

— Zabawne — powiedział. — Już poprzednio nasunął mi się podobny wniosek. Chodziła mi po głowie absurdalna hipoteza, a mianowicie, że nasza Ziemia i ta planeta miały kiedyś wiele wspólnego, a potem je rozdzielono, pozwalając, by na każdej ewolucja poszła w swoją stronę — zamilkł. — To może są tu dinozaury, albo to, co z nich zostało w wyniku milionów lat rozwoju?

Sophie rozejrzała się niepewnie wokół siebie.

— Lepiej głębiej nie wchodźmy — szepnęła. — Jeżeli to jest park jurajski, wpadniemy na mięsożerne gady. Nie ryzykujmy.

Wycofali się na plażę, gdzie poczucie zagrożenia szybko ich opuściło. Świeciło słońce, a przemywające piasek łagodne bryzy zachęcały do morskiej kąpieli.

— Zajrzymy do tych ślicznych domków? — zapytał.

Chętnie się zgodziła, licząc na to, że ujrzy tam znowu coś rewelacyjnego. Pobiegła pierwsza i zniknęła w drzwiach chaty. Chłopak skwapliwie pognał za nią.

powrót