zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz HURYSY Z KATALOGU

fragment powieści powrót

Edward Guziakiewicz, Hurysy z katalogu

O

budziła się dopiero późnym wieczorem, kiedy gęstniejąca szarość ustąpiła miejsca fioletowi, a potem czerni, a niebo nad willą pokryło się diamentami gwiazd. Noc brała w ramiona uśpioną ziemię. Nadchodzący chłód zmusił Raoula do przymknięcia prowadzących na dziedziniec oszklonych drzwi. Temperatura spadała nocą do piętnastu stopni. Poziewując, zeszła boso do kuchni w skąpej haleczce na ramiączkach i znużona przysiadła przy stole, rozglądając się dokoła jak zagubiony szkrab, nie mający pojęcia dokąd trafił. Oszołomiona i półprzytomna straszyła aureolą nieuczesanych włosów. Opadały jej na ramiona, z przodu zakrywając czoło i omal nie przysłaniając oczu. Zaaferowany, sterczał nad nią z Afrodytą, przyglądając się, jak senna piękność radzi sobie z drobiem w galarecie, sałatką z jarzyn i białym pieczywem. Pałaszowała, co podsunęła jej blond anielica, co rusz obrzucając półżywym wzrokiem swego pana i władcę, jakby w obawie, że złe duchy sprzysięgną się i porwą go, unosząc gdzieś w nieznane. Duszkiem wypiła koktajl z jakimiś dodatkami, o które Raoul nie śmiał pytać. Porozumiewały się monosylabami. Nim się spostrzegł, Afrodyta pomogła jej wstać i odprowadziła ją na górę.

— Sen jest lekarstwem na wszystko — seksowna blondynka rzuciła mimochodem po powrocie, widząc kolejne nieme znaki zapytania w jego oczach.

Gdzieś około drugiej w nocy osamotniona Iryda przyżeglowała znowu na dół, nieomylnie trafiając do jego sypialni. Spoczywająca przy boku Raula Afrodyta przebudziła się i czujnie uniosła głowę, lustrując poruszający się w mroku cień. Raoul również się ocknął. Spragniona ciepła młódka bez słowa wsunęła się pod nakrycie, nie pytając o zgodę. Przytuliła się do niego po ciemku, ufnie kładąc głowę na jego piersi. Był święcie przekonany, że przybyła hurysa ma ochotę na odrobinę nieokiełznania i delikatnie pogładził jej pachnące włosy i nagie ramię. Nim się jednak zdążył do czegokolwiek przymierzyć, w jego objęciach mocno zasnęła. Jeszcze nie przezwyciężyła męczącej jej inercji. Póki co, była dla niego wielką niewiadomą i nie mógł zajrzeć do rajskich ogrodów jej duszy. Przez jakiś czas wsłuchiwał się w jej cichy równy oddech, bojąc się nawet poruszyć, a potem także pogrążył się w głębokim śnie.

Następnego dnia wczesnym rankiem wstał na palcach i z lekkim bólem głowy opuścił śpiące piękności. Był zmuszony udać się do miasta. Czekały go okresowe badania lekarskie, napawające go zawsze niejakim obrzydzeniem. W kredowobiałej willi pojawił się z powrotem około południa, lecz w fatalnym nastroju, wyrąbany jak koń po westernie. Organicznie nie znosił ulokowanej w śródmieściu sennej kliniki medycznej ze sterylnymi salami i przyciemnionymi pustymi korytarzami, w których nawet ciche kroki odbijały się echem. Miał wrażenie, że przeprowadzają tam niedozwolone eksperymenty medyczne i że wcześniej czy później wyskoczy ku niemu uciekająca świnia z ludzką głową lub inne obrzydliwe monstrum. Bywał w niej tylko z musu, wiedział, że nie wygra z czasem, bo jak tu utrzymać w ryzach zegar biologiczny, zaś opuszczał ją rozdrażniony, jeżeli nie przybity, z obliczem zwiędłym jak jesienny liść. Lata leciały, był już przypadkiem geriatrycznym, a jego organy wewnętrzne można było z powodzeniem podsuwać pod nos młodzikom, studiującym medycynę i zaaferowanym tym, co dzieje się z człowiekiem u kresu jego dni. Wkurzał go brodaty lekarz z oczami bazyliszka, przenikliwym spojrzeniem przeszywający go na wylot. Czuł się przy nim jak w pełnym grozy legendarnym „Gabinecie doktora Caligari”. Onieśmielali go zadufani medycy i technicy, rzucający fachowymi terminami, których nie rozumiał. W młodości był końskiego zdrowia, ale nie teraz. Tracił formę i doskonale się orientował, że pewnego dnia tamci podsuną mu ze zjadliwą uprzejmością ulotkę o dobrodziejstwie eutanazji. I bez tego czuł się między nimi jak rozklekotany android, nadający się tylko na śmietnik. Starość nie była w modzie.

Wszedł teraz cicho do holu, zniechęcony i ponury, główkując w myślach nad tym, co porabiają jego długonogie przyjaciółki. Męczyło go przekonanie, że urósł mu raptem ciężki garb i że dźwiga na swych plecach ze dwadzieścia lat więcej niż powinien. Krótko mówiąc, miał muchy w nosie. Zatrzymał się przy czarnym fortepianie, zgarniając rozrzucone partytury. Szukał spokoju i chciał chociaż na chwilę ukryć się w mysiej dziurze. Projektował, że w domowym zaciszu ociupinę wypocznie, a odzyskawszy siły wyskoczy pod wieczór ze swoimi pannicami na godzinkę do kręgielni. Wypadało ostrożnie przetestować powstały trójkącik i niezmiernie go ciekawiło, jak z takim figlarnym ogonem wypadnie między ludźmi.

Musiał się jednak rozstać z myślą o błogim wypoczynku. W jego świątyni dumania — o zgrozo — to nie wchodziło w grę. Dobiegły go znad pływalni piskliwe dziewczęce śmiechy i nagle poczuł się tak, jakby mu ktoś przywalił czym tępym w łeb. Co to? W jego domu huczało jak w ulu? Porwał się w te pędy w stronę oszklonych drzwi i z osłupieniem wyjrzał na prześwietlony słońcem dziedziniec. Poruszony i przejęty zastygł z nosem przylepionym do szyby.

— O, nieba, przenigdy — zazgrzytał zębami, dając upust złości. — Miarka się przebrała. Co tu się wyprawia?

Czy wzrok go nie mylił? Czy to naprawdę były one? A może ktoś go przeniósł na boisko szkoły dla rozwydrzonych dziewcząt z bogatych rodzin? Nie wierzył własnym oczom i przez chwilę sądził, że śledzi koślawe karykatury swoich boginek. Infantylne aż do przesady. Puszczone samopas, szalały bez opamiętania. Ścigały się jak najęte, podskakując, drąc się i wrzeszcząc wniebogłosy. Jak rozhukane łobuziaki goniły się wokół basenu, próbując się na zmianę dopaść i przewrócić. Sekundowały im uszczęśliwione owiraptory, pajacujące i błaznujące niczym wypuszczone ze stajni źrebaki.

Z marsową miną chłonął ten niechciany widok, a potem przygarbiony wrócił do fortepianu.

— Co za małpy, przeholowały! Wypruję z nich bebechy, nogi z dupy powyrywam — zabulgotał jak indor. — I to mają być panienki do uciech? Zupełnie bez hamulców! — kipiał. — Przecież to wredne przedszkole. Za dużo ruchu, za dużo decybeli.

Ból rzeźbił jego twarz. Czuł irytację, gniew w nim narastał i wydawało się, że za chwilę eksploduje jak granat. Raniły go zanadto żywiołowe popisy Irydy. Była zaprzeczeniem uległej Afrodyty. Nie o takich rewiach skrycie marzył, kiedy decydował się na kupno drugiej faworyty.

— Kurza twarz, albo już jestem starym grzybem, albo ci nikczemni kanciarze coś spieprzyli... — pokonany żałośnie miauknął, bolejąc nad sobą i swym podłym losem.

Zabrał się znowu za partytury. Ewidentnie brakowało mu młodzieńczej fantazji. Uwielbiał porządek i ułożył je w równiuteńki stos, ale ręce mu przy tym drżały.

Potem przemógł się i wychylił, szeroko otwierając drzwi.


powrót