zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz GENESIS

fragment mikropowieści powrót

Edward Guziakiewicz, Genesis

M

ajorka była istnym rajem i żałowała, że wcześniej nie odkryła tej śródziemnomorskiej wyspy — o klifowym wykończeniu na północy i uroczych gajach oliwkowych, pomarańczowych i migdałowych na terenach nizinnych. Majestatyczne góry, stare klasztory i ustronne wioski wabiły chętnych wrażeń. Natomiast na południu — na wschód od Palmy — szerokim ośmiokilometrowym łukiem ciągnęła się pokryta drobnym piaskiem plaża, ponad którą wznosiły się mnogie hotele. Zaczynał się sezon i roiło się od turystów, dla których ten uroczy zakątek globu był smakowitą przynętą. Kawiarnie, restauracje i bary tętniły tu życiem przez całą dobę. Mieniła się w słońcu błękitna woda.

Mimo niezliczonych atrakcji, a w tym rozkoszy kąpania się w ciepłym morzu, nie udzielało się jej urlopowe szaleństwo, zaś na jej twarzy malowały się przygnębienie i udręka. Kamraci, którzy z pozoru wspaniałomyślnie zabrali ją z Ziemi, bezlitośnie odarli ją ze złudzeń. Śmiałkowie, którzy odważyli się z nią tu następnie wylądować, niefortunnie wcielili się w prymitywnych hiszpańskich chłopaków — pierwszych Ziemian, na jakich się natknęli. Pochopnie wybrali ofiary, deformując sobie świadomość. Efekty było widać już od pierwszego dnia. Od rana do wieczora zajmowali się wlewaniem w siebie drinków i rozglądaniem się za łatwymi panienkami. Lekceważyli rudymentarne zasady ostrożności i ostentacyjnie rozmawiali ze sobą po namoriańsku, ignorując bezpieczny hiszpański. To musiało skończyć się fatalnie.

Zadumała się nad poznanym w pociągu Francuzem. Czasami przeznaczenie stawiało jej na drodze osoby, których nie umiała wymazać z pamięci. Jean skwapliwie obiecał, że przyleci, ale nie była przekonana, że tym samym uwolni się od kłopotów. Czy był jej przyjacielem? Krótki pobyt poza Ziemią uzmysłowił Namoriance, jak tragiczny jest jej los. Żałowała, że tak lekkomyślnie porzuciła go w Warszawie, licząc na swoich jak na zbawienie. Pluła sobie teraz w brodę. Okrutni Flacetarianie nieśpiesznie pacyfikowali resztki namoriańskiej flotylli, popisując się wyrafinowaniem i sadyzmem. Założyli bazę na Plutonie i stamtąd regularnie wyprawiali się w stronę Słońca, przeczesując Pasmo Planetoid. Było oczywiste, że mają zamiar wytłuc wszystkich Namorianów, którzy schronili się w tym układzie solarnym. Aż do ostatniego. Ci, z którymi się spotykała, uwięzieni na słabo uzbrojonych patrolowcach, usiłowali o tym nie myśleć. Mamili samych siebie. Wegetowali bez nadziei, udając przed sobą wzajem, że nie są im straszni myśliwi o szkaradnych owadzich twarzach. Spodziewana cudowna kontrofensywa, o której przed wielu laty z przejęciem szeptał jej ojciec, okazała się naiwną opowiastką dla grzecznych malców. Nic nie mogło uratować jej gatunku. Był przeklęty, osądzony i pogrzebany.

Doszła do wniosku, ze powinna zajrzeć do kilku sklepów i wybrać się do fryzjera. Marzyła, żeby wyjść z tego cało. See był trochę inny i skrycie liczyła na niego. Gdybyż mógł stać się taki jak Jean! Wykoncypowała, że jest skazana na improwizację i że musi zdać się na intuicję. Ta zaś jej podpowiadała, że nie powinna podejmować żadnej wiążącej decyzji, dopóki nie zobaczy się z miłym rosłym Francuzem. Jednak spodziewała się najgorszego.


M

iał na sobie luźne bermudy, półkoszulek i śmieszny kapelusik na głowie, a kiedy go ujrzała, mocno zabiło jej serce. Przyleciał na Baleary, choć wątpiła w to, czy przyjmie jej zaproszenie. Jedna noc w warszawskim hotelu jeszcze nie wystarczała, żeby facet musiał się czuć zobowiązany wobec przypadkowo poznanej laski.

— Hej! — przywitał ją, na polską modłę całując ją w rękę. Czekała dokładnie tam, gdzie chciał, siedząc przy stoliku pod parasolem przed wskazanym przez telefon bistrem.

— Siemanko! — ucieszyła się. Wizyta u fryzjera zrobiła swoje i prezentowała się okazalej niż tamta młoda Francuzka, jadąca przed dwoma tygodniami pociągiem z Berlina do Warszawy.

Usiadł i od razu zerknął na zegarek.

— Nie mamy czasu, bo jutro pojawią się tu jacyś agenci wywiadu i będzie za dużo oczu — wyjawił. — A chciałbym z tobą szczerze pogadać.

— Nie interesuje cię, dlaczego rozstałam się z tobą bez pożegnania? — niewinnie zapytała, mając nadzieję, że uda się jej wcisnąć mu przygotowaną wcześniej legendę.

— Nie — odparł. — Są ważniejsze sprawy... Wyobraź sobie, że...

— A może postawisz mi drinka? — przerwała mu w pół słowa.

— To za chwilę — odparł. — Zatem wyobraź sobie, że kiedy w Warszawie nagle znikłaś, dobrali mi się do skóry ludzie z NASA.

Zadrżała. Owiał ją śmiertelny chłód.

— Z NASA? — niepewnie zapytała.

— Monitorują cię od lat — w tym miejscu musiał skłamać, ale wiedział, że wywoła to właściwy skutek. — Powiedzieli mi, kim jesteś i poprosili mnie, żebym przedłożył ci ich propozycję. Pochodzisz z Syriusza...

Podniosła się sztywno od stolika, rezygnując z drinka. Pobiegła myślami w stronę trójki kompanów.

— Muszę już iść — rzekła przepraszająco. — Może pogadamy jutro...

Nawet nie drgnął.

— Siadaj! — powiedział. — Nie uciekniesz z Ziemi. Tamci trzej śmiesznie udający Kastylijczyków Namorianie już ci nie pomogą.

Nie zapytała, dlaczego, po prostu zrobiła wielkie oczy.

— Zostali zlikwidowani, kiedy tu wchodziłem — wyjawił jej brutalną prawdę.

Niemrawo się uśmiechnęła i przysiadła z powrotem. Nie okazała irytacji.

— Ależ masz wyobraźnię? — próbowała się bronić. — Kto ci naopowiadał takich bzdur? — rzekła, usiłując go wysondować.

Wyjął maleńki magnetofon.

— Posłuchaj tego nagrania, a potem powiem ci, co dalej.

Ci trzej dranie dzielili się uwagami po namoriańsku, wiedział jednak, o czym perorują. Z tego, co ustalali, niedwuznacznie wynikało, że kolaborują z Flacetarianami. A po wykonaniu zleconego im zadania mają zamiar zlikwidować piękną Genesis. Tej przypadała rola bezwolnego narzędzia w ich podłych rękach. I to na krótko.

— Przekonuje cię ta pogawędka? — po chwili zapytał, chcąc nabrać większej pewności.

Nie miała wątpliwości, co jest tematem rozmowy, bo coraz bardziej bladła. Rozejrzała się dokoła. Przy sąsiednich stolikach nie było nikogo, a taras z parasolami ocieniał równo przycięty gęsty żywopłot. Przysunęła się z krzesłem do niego i pieszczotliwie wsparła mu rękę na ramieniu. Poczuł w tym miejscu dziwne mrowienie.

— To jakieś brednie, kochany — niby to ciepło rzekła, zaglądając mu wiernie w oczy. Powadziła perfidną grę. Chciała być jak najbliżej. W następnej sekundzie ze zwierzęcym charkotem dopadła jego szyi, usiłując rozorać mu zębami skórę.

Stary doświadczony glina był przygotowany na ten krok.

— Opanuj się! — rozpaczliwie krzyknął, zrywając się i z rozmachem dając jej w pysk.

Upadła na beton tarasu, przewracając krzesło. Momentalnie się poderwała. Jej gładka twarz traciła ludzkie rysy, nabierając nienawistnego wyrazu. Nie zamierzała rezygnować. Szło o jej życie. Sprężyście się odbiła i z gibkością pantery wściekle skoczyła mu do gardła, zwalając go z nóg.


powrót