zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz EKSCYTOZA

fragment mikropowieści powrót

Edward Guziakiewicz, Ekscytoza

Z

e wszystkich stron otaczała go senna dżungla. Witała go leniwie, z cicha o czymś poszeptując. Było parno, a tu i ówdzie przy poszyciu znaczyły się obłoki gęstej mgły. Chmary komarów unosiły się nad pokrytymi kroplami rosy pierzastymi łodygami paproci. Przez nieuporządkowaną plątaninę lian i bluszczy o osobliwych kształtach liści i kwiatów z trudem przezierało blade światło słońca. Mokre pnie drzew pięły się ostro w górę, tworząc u szczytu ginące w półmroku sklepienie. Między rozrosłymi skrzypami jakaś niby-ćma rozpostarła ogromne skrzydła, a w chwilę później znikła w gęstwinie.

Z zaniepokojeniem rozglądał się za Kimi, która powinna była wynurzyć się obok niego z czerni nadprzestrzeni. Niestety, nigdzie jej nie dojrzał. W tej zamglonej głuszy był sam jak palec.

— Hej, hej, gdzie jesteś? — odważył się i zakrzyknął, składając w trąbkę zielone ręce. Nie miał pojęcia, w którą stronę wołać. — Gdzie cię poniosło? — zagrzmiał, świętokradczo naruszając sakralną ciszę tego dzikiego zakątka i niepokojąc kryjące się w półmroku demony. Reagujące na dźwięki ruchome pnącza obracały się w jego stronę kielichami kwiatów, zdając się go z zaciekawieniem obserwować. Tu wszechpotężna przyroda kierowała się własnymi prawami i czuł przez skórę, że dla własnego bezpieczeństwa powinien je respektować. — Kiiii-miii, odezwij się! — jeszcze raz się rozdarł, coraz bardziej podminowany. — Nie kryj się, idę cię szukać!

Następnie sprawdził, czy nie zginęła mu broń.

— Tuuu... — dżungla przyniosła mu z oddali przytłumioną odpowiedź. — Utknęłam — chmurnie odkrzyknęła. — Do diabła, chodź i pomóż mi!

Błądził z wysiłkiem po polanie, tonąc po kolana w porośniętym zielonym mchem grząskim gruncie. Chlup, chlup! Mógł ją obejść. Przedarł się przez szeroki pas drobnych żółtych kwiatów, których ciągnące się łodyżki były wyposażone w ostre kolce. Zaszeleściło w pobliżu, choć nie było wiatru. Nieopodal niego zafalowały krzewy.

— He, he, he! — roześmiał się, uspokojony, gdy rozgarnął zarośla. Agentka ugrzęzła na dobre. Nieporadnie próbowała wyplątać się z porostów i szarpała się z przyczepnymi kłączami. Zaborcze ziele nie chciało jej wypuścić. — To scenka, godna uwiecznienia, trzeba mieć szczęście, żeby coś takiego zobaczyć — używał sobie, ale był rad, że ją odnalazł. — Siódemka wpadła w zieloną pułapkę. Należy o tym czym prędzej powiadomić Eukalipanusa — w żywe oczy kpił sobie z partnerki. — Nie, złapać w kadr i pokazać we wszystkich parolach. — A gdy ochłonął, dodał już z nieco większą rozwagą: — Wydaje mi się, że Sarof coś przeoczył. Ciepłe kluchy. Mógłby być bardziej skrupulatny i z większą uwagą sczytywać dane.

Pomógł jej, podniosła się i otrzepała z traw, mchów i rozgniecionych cuchnących grzybów. Była odrobinę niższa niż przedtem i dawała po oczach wściekłą zielenią meafluoriańskiej skóry.

— Nie zapomnę mu tego... Co za podstępny drab, uważam, że uczynił to złośliwie — wybąkała rozżalona. — A i ty, Mitosie, nie powinieneś robić sobie ze mnie pośmiewiska!

Próbował odgonić od siebie uparcie bzyczące owady, które nieustannie krążyły mu wokół głowy, dopóki nie pojął, że jego kryształom informacyjnym również przydano wyrafinowane nowe kształty. Mistyfikacja była doskonała — jak przystało na wszystko, co miało na sobie metkę imperium.

— Tu jest przejście... — usłużnie jej pokazał.

Podał jej dłoń, przeprowadzając przez barykadę z połamanych gałęzi. Jakaś gadzina miała tu niegdyś nocne legowisko.

— Dzięki! — odrzekła, gdy się wydostała.

Stanęła wreszcie przed nim w całej fluoriańskiej krasie. Oj, było co oglądać! Uszy miała spiczaste, nos zwisający jak trąbka, a na jej czole znaczyły się wypustki, które najwyraźniej pełniły rolę zmysłu powonienia. Natura na Meafluorii dobrała w taki sposób proporcje ciała, żeby nieodparcie wywoływało pożądanie.


powrót