zobacz serwis

Menu

» Strona główna

Powieści SF

» Obcy z Alfy Centauri

» Winda czasu

» Zdrada strażnika planety

» Hurysy z katalogu

» Bunt androidów

» A jeśli jutra nie będzie

» Enbargonki

Mikropowieści SF

» Afrodyta

» Banita

» Ekscytoza

» Genesis

» Przerwany lot

» Misja: Europa

» Supernowa

» Syreny z Cat Island

» Kasandra

» Hegemone

Inne strony

» W świecie iluzji

» Igraszki z czasem

» Przyloty na Ziemię


Edward Guziakiewicz, W świecie iluzji

Edward Guziakiewicz BUNT ANDROIDÓW

fragment powieści powrót

Edward Guziakiewicz, Bunt androidów

U

pokorzona Kasandra odwróciła moją uwagę od tego, co pokazywał mi Or-Mat. Pożeglowała w stronę gniazda głównego koordynatora i przestraszyłem się, że dojdzie do katastrofy. Coś się święciło i śledziłem jej poczynania z odrobiną niepokoju. Skryła się w środku i za moment się pojawiła. Po jej minie było widać, że nasz anioł stróż odprawił ją z kwitkiem.

Rozejrzałem się za popielatym Go-Tonem, ale gdzieś się ulotnił. Nie widziałem go od rana. Skazany na improwizację, zbliżyłem się do modelki, starając się jej okazać życzliwe zainteresowanie.

— Jak poszło, kochanie? — układnie zapytałem. — Wszystko w porządku?

Obojętnie wzruszyła ramionami.

— Potwierdził, że byłeś z tajną misją na Ziemi w towarzystwie androida płci żeńskiej. Nie zdradził jego personaliów — rzekła głucho.

Waliła głową w mur. A czegóż innego można było się spodziewać?

— Na razie nie gonią nas do pracy. Pokażesz mi, co przywiozłaś z Paryża? A może wyskoczymy do kurortu na Neeidzie? Podobno jest tam cudownie, kiedy świeci słońce… — kusiłem ją, chcąc odwieść od nieobliczalnych zamiarów.

Zorientowała się, że biorę ją pod włos. Jej oczy stały się bez wyrazu. Nie odpowiedziała, zamaszyście się odwróciła i znowu zniknęła w komorze głównego koordynatora. Tym razem też nic się nie stało. Wróciła po kilku sekundach, a na jej twarzy rysowało się uczucie zniechęcenia i zawodu. Utknęła w martwym punkcie.

— Nie możesz ciągle tam wchodzić. Częste formatowanie pamięci powoduje utratę równowagi wewnętrznej — podzieliłem się mymi obawami, snując się za nią jak cień.

Miała to w nosie. Ominęła mnie bez słowa, pokazując mi plecy. Była przeświadczona o swej wyjątkowej urodzie, a to utwierdzało ją w przekonaniu, że wolno jej wszystko. Nic nie mogło stanąć jej na drodze. Od nowa zaczęła czegoś szukać w Internecie.

Nie umiałem jej powstrzymać, a jej upór zaczynał mnie wkurzać. Usiadłem w przeznaczonym dla mnie boksie i zacząłem niespokojnie bębnić palcami po blacie. Po lewej ręce miałem Kasandrę, po prawej Or-Mata. Obejrzałem pozostawiony przez Re-Tona sześcian z kości słoniowej, z pismem obrazkowym na ściankach, ale nie wpadłem na to, do czego służy. Co miałem zrobić z tym fantem? Ktoś go podrzucił na mój pulpit, wychodząc widocznie z założenia, że może mi się do czegoś przydać. Przypominał osławioną kostkę Rubika z czterdziestoma trzema trylionami kombinacji. Obok sterczał prekolumbijski posążek siedzącej po turecku pękatej kobiety z dużym brzuchem. Nie przepadałem za takimi gadżetami, wolałem mieć do czynienia z czymś żywym, choćby włochatym owadem. Wróciłem myślami do czasów Aleksandra Wielkiego. Moja matka, Olimpias, córka króla Epiru, kochała się w wężach i miała ich zwykle kilka pod ręką.

Trójoki zapobiegliwie przesłał na moje ekrany wybraną modelkę i mogłem skupić na niej uwagę. Było na czym oko zawiesić, wszystkie wymiary bez zarzutu. Wyświetliła się w całej okazałości, pokazując kształtne piersi, wklęsły brzuch i ładnie zaokrąglone biodra. Gładka opalona skóra lśniła brzoskwiniowym blaskiem. Tak bajecznie zbudowaną madonną mógłbym chwalić się na Hawajach lub Bahamach. Byłbym dumny jak paw i zbierałbym zazdrosne spojrzenia mężczyzn. Uzmysłowiłem sobie, że gdzieś mi mignęła gwiazda o podobnej twarzy i przypomniał mi się film „Piąty element”, którego fragmenty obejrzałem w telewizji. Generator zaczął klonować śliczną agentkę i niedługo miała się obudzić. Cmoknąłem ze znawstwem, nie mogąc wyjść z podziwu.

— Prawdziwy skarb! — uznałem.

Byłem zbyt doświadczony, by uważać, iż celem życia jest bezkarne zaspokajanie kaprysów, tym niemniej nie umiałem przed sobą ukryć, że mam na nią cholerną ochotę. Stłumiłem w sobie pragnienie, żeby znaleźć się w jej towarzystwie i ją zbałamucić. Dobrze wiedziałem, że to niemożliwe, nie mieliśmy przecież przypominać kolonii szympansów. Należała do pierwszego poziomu, zatem intymne tête-à-tête nie wchodziło w grę.

Zabrałem się do testowania sprzętu, pragnąc zapoznać się z jego możliwościami i obsługą. Reagował na wydawane głosem polecenia. Jednak co rusz zezowałem w stronę milczącej Ka, zaniepokojony tym, co kombinuje. Nie chciałem, żeby jej nieobliczalne wyczyny poszły na moje konto. Nie miałem zamiaru świecić za nią oczami.


W

chwilę później omal nie ścięło mnie z nóg. Atak przyszedł z innej strony, niż się spodziewałem. Nieoczekiwanie zatriumfowała magia, wdzierając się do mojego poukładanego świata i naruszając obowiązujące w nim prawa logiki. Kątem oka zarejestrowałem ruch. Ujrzałem księżniczkę Roksanę w przepysznym perskim stroju. Z odkrytą głową w bogato wyszywanej złotem bordowej sukni szła godnie, kierując się w stronę schodów, prowadzących na niższy poziom. Sama, bez dworskich służek i bez świty. Na palcu miała pierścień z dużym szmaragdem. Zajęta sobą, nie szukała mnie wzrokiem i nie interesowali ją pracujący w boksach nieziemscy agenci o różnych kolorach skóry. Oni chyba też jej nie widzieli.

— Niemożliwe — jęknąłem, zamierając z wrażenia.

Ukradkiem śledziłem jej kroki, nie pojmując, jakim cudem baktryjska piękność znalazła się wśród nas. Co robiła w tej enklawie? Czy czas i przestrzeń jeszcze coś znaczyły w tym popapranym świecie? Wreszcie zamrugałem powiekami. Porządnie przetarłem oczy i spojrzałem jeszcze raz. Ukochana żona Aleksandra Wielkiego znikła.

— Co to było?! — wyszeptały moje zbielałe usta. — Przywołałem ją przez sen? Wypowiedziałem jakieś zaklęcie?

Myśli kotłowały mi się w głowie jak burzowe chmury. Działo się ze mną coś złego i przez moment czułem się jak zdezelowany robot, nadający się na złom. Czy tak miał wyglądać koniec cyborga, któremu zabrakło piątej klepki? Córka Oksyartesa nie mogła plątać się po stacji. Była śmiertelną Ziemianką, a wyzionęła ducha ponad dwa tysiące lat temu. Rozejrzałem się ukradkiem po sąsiednich boksach, nie wpadło mi jednak w oczy nic podejrzanego. Czyżby ktoś cynicznie zabawiał się moim kosztem, wyświetlając dla zabawy jej hologram? A może jednak spaliły mi się obwody i miałem halucynacje?

Moja filozofia życia pozwalała mi przetrwać w ciężkich chwilach, więc wierzyłem, że i tym razem sobie poradzę. Musiałem ochłonąć i zminimalizować w sobie skutki tego wstrząsu; uznać, że to, co się stało, jest bez znaczenia. Jeden oddech, drugi. I jeszcze jeden. Niezłomnie postanowiłem, że zachowam zimną krew.


powrót